epka twigs

będzie małe nadrobienie zaległości. pierwszy punkt to epka enigmatycznego tworu o nazwie twigs, za którym rzekomo stoi ta dziewczyna powyżej. epka ukazała się dokładnie jedenaście dni temu, ma cztery utwory, do każdego z nich nakręcono po mocno zakręconym teledysku, do odsłuchu jest tutaj, a do kupienia na czarnym pvc tu. słuchając choćby takiego weak spot mam wrażenie, że ta desperacka muzyka z pogranicza elektroniki i r’n’b sięgnęła w tym wypadku krańcowych stref mroku i bardziej prześladującą już być nie może. ale kto wie co nas jeszcze czeka…

S O H N

zadziwiają mnie ci nowi śpiewający producenci tym, ile ognia potrafią wykrzesać z bezdusznych maszyn. zawieszony między wiedniem i londynem sohn równie dobrze mógłby być pilotem linii lotnicznych na trasie montreal – londyn, bo brzmi dokładnie jak odległe połączenie abela z jamesem blake z międzylądowaniem w berlinie. cóż mogę dodać, podoba mi się wystarczająco, bym odesłał na soundcloud tego pana, gdzie jego pięć kompozycji można sobie przesłuchać; ewentualnie na jego stronę, skąd można dwa z tych pięciu utworów sobie za darmo pobrać. winylowym kolekcjonerom powinien jednak wystarczyć link do tej trzy-utworowej epki. aha, remiksem lany del rey w wykonaniu sohn’a przejmować się zbytnio nie trzeba. choć sprawdzić nie zaszkodzi.

kid smpl

ze wszystkich głównych miast stanów zjednoczonych, seattle przoduje w ilości dni bez słońca. nie powinno więc dziwić  że muzycy pochodzący z tegoż miasta spędzając cały wolny czas w studio a ich dzieła wydają się bardzo dopracowane.  kid smpl to kolejny po blue sky black death oraz keyboard kid 206 beatmaker z miasta ponaddźwiękowców; remiksował już m.in. lianne la havas, oraz jhene aiko, a kilka dni temu wydał swój debiutancki album, okraszony jakże pasującym do seattle, tytułem skylight. album, który spokojnie znalazłby swoje miejsce w katalogu tri-angle records między holy other a balam acab nie tracąc przy tym własnego charakteru. na pochmurne, jesienno-zimowe wieczory trafione idealnie. czytaj dalej by posłuchać, wejdź na bandamp, by kupić. digital/cd/winyl, do wyboru.  Czytaj dalej

nowy album stumbleine

nie wiem czy to przeznaczenie, czy przypadek. ale zawsze gdy sprawdzam, czy brystolski producent wydał jakiś nowy materiał, okazuje się, że owszem, tak, właśnie kilka dni temu popełnił epkę/album/remiks. tym razem jest to album, debiutancki album, w końcu wydany na namacalnym nośniku. na spiderwebbed stumbleine nie pokazuje nowego oblicza, stanowczo pozostając w krainie rozmarzonych dźwięków, klikoczących bitów i ogólnego stanu shoegazowej nieświadomości. dodatkowo, dwa, lekko zmienione na okoliczność longplaya utwory, znamy już z poprzednich epek. to niekoniecznie źle, nowi słuchacze powinni być oczarowani, starzy zawiedzeni nie będą. odsłuch albumu na bandcampie , a zakup winyla lub cd odbyć można tutaj. wosk limitowany, więc nie gwarantuję, że poprzednie zdanie posta będzie jeszcze długo aktualne.

track: menagerie x roy ayers – leroy and the lion

wow. po prostu wow. w roku zdominowanym przez zduszone minimalistyczne syntetyki, latające w co drugim bicie trapowe werble i hi-haty, w roku, który równie dobrze mógłby się nazywać rokiem reverbu, wokodera i różnych innych wynalazków z lat 80tych – zapomnieć zdążyłem jak pięknie brzmi muzyka nieskomputeryzowana z dekady wcześniej. menegerie to projekt stworzony przez lance’a fergusona, założyciela soul-funkowej grupy the bamboos, i kilku innych pobocznych organizacji czarno-muzycznych. w promującym nadchodzący album they shall inherit czeka Cię siedemi pół minuty pięknego jazz-fusion. mistrz roy na wibrafonie, na gitarze chyba sam lance. więcej info o płycie tutaj. no a odsłuch z soundclouda w reszcie wpisu.

Czytaj dalej

powrót roku: j-zone i jego dwa nowe utwory

nic w muzycznym  światku nie ucieszyło mnie w tym roku bardziej  niż powrót na scenę j-zone’a. nic. i nic więcej o j-zonie nie mam zamiaru napisać. bo czy trzeba wam wiedzieć, że j-zone występował w lumpeksowym futrze ponad pół dekady wcześniej niż macklemore uczynił ze szmateksowych podbojów hymn hipsterów z północy stanów zjednoczonych. czy trzeba wam wiedzieć, że j-zone podciągał skarpety na długo zanim tyler the creator uczynił z tego coś świeżego, czego nikt nie potrafi zdefiniować? czy fakt, że danger mouse, just blaze i prince paul bez wahania wymieniają j-zone’a wśród najlepszych producentów ever coś znaczy? oczywiście, że nie, to wszystko zamierzchła przeszłość, kariera j-zone’a skończyła się dość przykro, a ten chętniej zajął się żartobliwym blogowaniem na łamach strony egotripland.com. tyle tylko, że dziś j-zone wraca, wraca do biznesu z siedmiocalowym singlem, którego kopię natychmiast zażądał na tweeterze wspomniany just blaze. czas leci, a zasada real recognize real pozostaje nieśmiertelna. ja też nie omieszkałem zamówić jednej sztuki, bo zarówno brutalnie perkusyjny, funkowy instrumental na stronie a, jak i wesołkowaty numer o laskach na odwrocie – to szlagiery jakie tylko j-zone potrafi wypichcić. odsłuchy poniżej.

Czytaj dalej

track: zodiac x jesse boykins iii – come

fakt: jest wielce prawdopodobne, że gdyby ten nie nieufnie patrzący w obiektyw facet, ubiegłoroczny fenomen o nazwie the weeknd nigdy by się nie wydarzył. jeremy rose wyprodukował wszystkie trzy pierwsze kawałki the weeknd, te same, które trafiły w ręce drake’a, te same, które rozpoczęły lawinę zachwytów na blogach i tumbrlach gdzieś w okolicach marca ubiegłego roku. abel jednak dość szybko o jeremym zapomniał, a ten rozpoczyna właśnie solową karierę pod pseudonimem zodiac. 24 września wyda epkę w wytwórni vase, promujący ją singiel come to trzy i pół minuty depresyjnego, nawiedzonego, dusznego, klaustrofobicznego future r’n’b, któremu wokal kolejnej wschodzącej gwiazdy, jesse boykins’a iii tylko dodaje uroku. zapraszam do odsłuchu poniżej. nocą. tak brzmi muzyka, do której tańczą ćmy.

Czytaj dalej