track: a.dd+ – suitcases

widniejąca na głowie bezdomnego włóczęgi korona wędruje ostatnio po niemal całych stanach. gdy a.dd+ robili okładkę swojego nowego albumu divehighflylo – była w dallas. gdy magazyn the source koronował kendricka lamara na debiutanta roku – zwiedziła nowy jork. a jeśli już mówimy o prasowych wyróżnieniach, to nie wiem czy wiecie, ale paris pershun i slim gravy zostali ostatnio namaszczeni przez gazetę dallas observer tytułem najlepszej grupy z dallas. zawsze coś, choć przecież zasługują na więcej. anyways, piszę to wszystko, bo nowy numer duetu, wyprodukowany przez ich nadwornego producenta, picnic tyme’a jest kozacki, pięknie buja i w typowym dla nich stylu idealnie trafia między zabawne gry słowne i inteligentny przekaz.

Czytaj dalej

Reklamy

pac div

serwis hiphopdx podjął w tej niedawnej publikacji temat niemal całkowitego zaniku egzystencji hip hopowych grup. autor nie zwrócił jednak uwagi na ważny szczegół – grupy przestawały istnieć  gdy jeden z członków wyróżniał się bardziej na tle innych. powiedzmy sobie szczerze atcq to zawsze był zespół q-tipa i trzech-dwóch pomagierów (na filmie o nich widać to aż zbyt wyraźnie). mordą onyx zawsze był fredro; najbardziej rozchwytywanym członkiem little brother był 9th wonder; slum village, przynajmniej do pojawienia się elzhi, to bity j dilli i jacyś tam raperzy, etc. z drugiej strony – patrząc na te bandy, które żyły razem długo i szczęśliwie – nie da się tego samego napisać o de la soul, joungle brothers, public enemy, beastie boys, das efx, naughty by nature, u których suma pojedynczych elementów dawała więcej niż byłyby one warte przed znakiem równania. w tych właśnie przypadkach 1+1+1 < 3. z kilkoma grupami, które wypłynęły na szersze wody w ostatnim dwuleciu jest podobnie. myślę tu o clear soul forces, a.dd+, the doppelgangaz i właśnie pac div. o tych ostatnich piszę nie bez powodu – już we wtorek wpadnie do sieci ich najnowszy album, GMB. warto się przyczaić, sprawdzić single i cierpliwie czekać na całość. raperzy, którzy na okładkę wrzucają zdjęcie swojej babci zawsze będą na tym blogu propsowani.

Czytaj dalej

nius: nowa epka mmoths

irlandczyk mmoths odpowiedzialny jest za całkiem mocno wciągający zestaw subtelnych elektronicznych bitów i czegoś tam jeszcze, co ma odrobinę duszy. robi coś dla fanów zgłodniałych brzmień w rejonie pośrednim między baths a how to dress well, od czasu do czasu wypuszczając świeże kawałki na swoim soundcloudzie, tudzież remiksując czyjś materiał –  zupełnie jak większość młodych twórców gatunku. i choć nie jest mmoths nowatorem, to trudno go bagatelizować jako kolejne carbon copy. druga już epka producenta, niezbyt wyszukanie zatytułowana diaries zagości na półkach itunes, rapidshop i być może kilku sklepów sprzedających wracające do łask winyle dopiero w marcu, ale pierwszy singiel dostaliśmy już kilka dni temu. posłuchajcie sobie…

Czytaj dalej

track: menagerie x roy ayers – leroy and the lion

wow. po prostu wow. w roku zdominowanym przez zduszone minimalistyczne syntetyki, latające w co drugim bicie trapowe werble i hi-haty, w roku, który równie dobrze mógłby się nazywać rokiem reverbu, wokodera i różnych innych wynalazków z lat 80tych – zapomnieć zdążyłem jak pięknie brzmi muzyka nieskomputeryzowana z dekady wcześniej. menegerie to projekt stworzony przez lance’a fergusona, założyciela soul-funkowej grupy the bamboos, i kilku innych pobocznych organizacji czarno-muzycznych. w promującym nadchodzący album they shall inherit czeka Cię siedemi pół minuty pięknego jazz-fusion. mistrz roy na wibrafonie, na gitarze chyba sam lance. więcej info o płycie tutaj. no a odsłuch z soundclouda w reszcie wpisu.

Czytaj dalej

track: lulu james – be safe

poprzeczka zawieszona przez jassie ware kolejnym sade-wanna-bees śpiewaczkom z wysp brytyjskich wisi wysoko. lulu james od wydania epki rope mirage  próbuje jej nie strącić – i przy okazji najnowszego singla w końcu jej się to udało. utwór nosi wszystkie znamiona future soulu; bogata, klubowa produkcja oraz ładny, uwodzicielski głos – to nie może się nie podobać. dodajmy do tego fakt, że dla muzyki lulu zostawiła całkiem niezłe portfolio fotomodelki a wniosek, że jeszcze o niej usłyszymy wydaje się zbyt oczywisty. odsłuch singla poniżej.

Czytaj dalej

powrót roku: j-zone i jego dwa nowe utwory

nic w muzycznym  światku nie ucieszyło mnie w tym roku bardziej  niż powrót na scenę j-zone’a. nic. i nic więcej o j-zonie nie mam zamiaru napisać. bo czy trzeba wam wiedzieć, że j-zone występował w lumpeksowym futrze ponad pół dekady wcześniej niż macklemore uczynił ze szmateksowych podbojów hymn hipsterów z północy stanów zjednoczonych. czy trzeba wam wiedzieć, że j-zone podciągał skarpety na długo zanim tyler the creator uczynił z tego coś świeżego, czego nikt nie potrafi zdefiniować? czy fakt, że danger mouse, just blaze i prince paul bez wahania wymieniają j-zone’a wśród najlepszych producentów ever coś znaczy? oczywiście, że nie, to wszystko zamierzchła przeszłość, kariera j-zone’a skończyła się dość przykro, a ten chętniej zajął się żartobliwym blogowaniem na łamach strony egotripland.com. tyle tylko, że dziś j-zone wraca, wraca do biznesu z siedmiocalowym singlem, którego kopię natychmiast zażądał na tweeterze wspomniany just blaze. czas leci, a zasada real recognize real pozostaje nieśmiertelna. ja też nie omieszkałem zamówić jednej sztuki, bo zarówno brutalnie perkusyjny, funkowy instrumental na stronie a, jak i wesołkowaty numer o laskach na odwrocie – to szlagiery jakie tylko j-zone potrafi wypichcić. odsłuchy poniżej.

Czytaj dalej

link dnia: il clan del wu

coś dla fanów wu-tang clanu, coś dla fanów czarno-białej fotografii, a przede wszystkim coś dla fanów obydwu. 96-stronicowa książka, 48 zdjęć zrobionych analogowym aparatem w rzymie podczas jednego z koncertów mnichów z shaolin. krótki wywiad z autorem na stronie magazynu dazed x confused. do kupienia tylko tutaj.