pozytywny? absolutnie! stik figa – as himself (recenzja)

stik figa
as himself
http://mellomusicgroup.bandcamp.com

4/5

moją ulubioną płytą roku 2010 nie była wcale mbdtf kanye westa. sir luscious left foot połówki outkastu też nią nie była. to może death is silent od kno? ani tyle. faworytem był brutalnie przegapiony krążek duetu haji p & mf shalem neighbourhood kid. lekko konceptualny, bardzo autoironiczny, mocno przebojowy, niesamowicie sympatyczny, inteligentny i wesoły album, który rozpoczynał się słowami and i’m right damn here/ on my fornt porch/ breathing out the white man’s air zarapowanymi z bezczelnym uśmiechem. as himself  natychmiast przypomniało mi o tej płycie i to nie tylko ze względu na okładkę. bo choć nie jest aż tak dobre, to wzbudza bardzo podobne uczucia.

stik pochodzi z kansas. jest brzydki i nie ma forsy. lubi grube dziewuchy. robi zakupy w małych sklepach na rogu, gdzie znajduje wszystko, co mu potrzeba – fajki, trochę żarcia i najnowsze bootlegi. za młodu słuchał slick ricka, bo nikt nie chciał się z nim bawić w piaskownicy, a dziś wierzy w boga i namawia do tego samego innych. co w tym wszystkim jest najfajniejsze? to, że potrafi te troski bardzo umiejętnie przełożyć na wesołkowaty, bardzo zręcznie przewinięty rap. jak w otwierającym płytę skinny, w którym wspomina swoje dzieciństwo, punktowane uprzedzeniami rasowymi, brakiem szczęścia i wewnętrznym konfliktem między tym co mówili rodzice, a tym co jest cool. jak w swawolnych przechwałkach w absitively. jak we fludgin, tym fludgin, które opisuje poczciwy żywot zwykłego ziomka. jak w susan b, gdzie stik pisze przewrotną odę do tłustych świń, tych, którym rozmiar miseczek pasuje do ich ocen w szkole. to najlepsze momenty na krążku, przy których nieraz się zdarzy ci się uśmiechnąć i przymnkąć oko na dość niedbałe flow, kreskówkowy głos i lekką wadę wymowy rapera.

mniej wesoło robi się w chwili, gdy stik bierze się za tematy bardziej standardowe, próbując coś przekazać. medicine podejmuje kwestie rasowe, i pomimo kilku fajnie złożonych linijek, nie robi większego wrażenia. everyday aspiruje do miana tracku motywacyjnego, pozostając na poziomie poprawnym, ciągniętym w górę przez porywający, być może najlepszy na krążku podkład.

a podkłady na as himself są dużą zaleta albumu. organiczne brzmienie, dobrze dobrane sample, przemyślane, bogate aranżacje – jest tu to wszystko i jest wystarczająco dobre, by szybko zajrzeć do liner notes, pytając: kto za tym stoi? to michael summers, ten sam producent, który zrobił w ubiegłym roku worldwide choppers, fuck food, pornographic, he’s a mental giant…tech n9ne’a. lekki szok, tam dominowały rzeczy syntetyczne, podopychane syntezatorami, gitarami, a  tutaj seven zaserwował serię świetnych, soczystych, niezmiernie bujających, funkowo-soulowych tracków wzbogaconych o niskie, basowe, południowo brzmiące bębny. umieścić między big k.r.i.t.em a cut chemistem.

kto poszuka informacji o as himself, dowie się niehybnie, że oryginalnie krążek ów wyszedł lokalnie już trzy lata temu i dopiero label mello music group wydał go niedawno jak należy. tego jednak nie słychac, płyta wciąż brzmi świeżo i powinna ci sprawic sporo rozrywki, pod warunkiem, że porafisz docenić błazeński humor stik’a, błyskotliwe wordplaye, kilka wygłupów w refrenach i szczere, sympatyczne teksty. mi tam styka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s