sukces autobiografii porażek, czyli j-zone – root for the villain

j-zone
root for the villain
http://govillaingo.com/index.html   www.amazon.com

jest rok 2006. po ośmiu latach od wydania swej pierwszej płyty kończysz karierę. w zapyziałym nowojorskim klubie za kilka dni zagrasz swój ostatni koncert, koncert na który przyjdzie może ze stu twoich ostatnich wiernych słuchaczy. w tym samym czasie utwór crazy duetu gnarls barkley jest światowym megahitem. nagle dzwoni  twój telefon. to danger mouse. jego partner z zespołu, cee-lo pyta, czy może wystąpić na twoim pożegnalnym koncercie i wykonać jeden z twoich mikroprzebojów. dlaczego? bo jest jednym z twoich największych fanów.

o tym głównie traktuje książka root for the villain. o małych sukcesach i wielkich porażkach. o spełnionych marzeniach z dzieciństwa. o muzyce. o dorastaniu przy akompaniamencie rapowych płyt. o szarych stronach niezależnego rapbiznesu. o nowym jorku i jego zadufanych w sobie mieszkańcach. o dziewczynach, które nie chcą się umówić na randkę w white castle. o ignorancji. o paradoksach życia w ameryce. o kasetach magnetofonowych. o sklepach z pleśniejącymi płytami winylowymi. o miłości do babci.

każdy, kto bacznie obserwował podziemny hip hop w ubiegłej dekadzie wie kim jest j-zone. każdemu, kto nie wie, szybko pragnę wyjaśnić, że j-zone to jedna z najbarwniejszych postaci hip hopowego światka. raper, producent, dj, kolekcjoner płyt, fan mało znanych płyt z początku lat 90, najlepiej tych wydanych tylko na kasetach. nowojorczyk, który na imprezach w queens gra południowy gangsta rap i uważa, że suga free jest jednym z najlepszych raperów w historii. typ, który do dziś słucha w aucie taśmy gangsta nip’a. czarnuch, który w wieku około 30 lat wciąż mieszka ze swoją babcią, a jeden ze swoich albumów zatytułował alfonsi nie płacą podatków. za czasów swej świetności grał koncerty w futrze, produkował dla masta ace’a, bujał się z pete rockiem i large professorem. śmieszne, pełne ignoranckich żartów teksty, mocne, oryginalne bity, szalone skity, wysoki enterntainment value, bardzo dobre recenzje w prasie – to automatyczne skojarzenia z j-zone’m.

wydana końcem ubiegłego roku książka root for the villain to popis j-zonowej błyskotliwości, sarkazmu, ogromnej wiedzy na temat rapu, a przede wszystkim oryginalnego sposobu bycia i nonkonformizmu. książka składa się z dwóch  części głównych i krótkiego podsumowania. cześć pierwsza dotyczy muzycznej „kariery” rapera, druga – stanowi  zaś zbiór żartobliwych esejów na temat codziennych absurdów życia i tego co autora zasadniczo wkurwia. 

lekki styl pióra, rubaszny humor, inteligentne spostrzeżenia, dokładność opisów, wartka narracja –  lektura książki jest niezłą rozrywką wypełnioną salwami śmiechu. powiedzmy sobie jednak szczerze, wydanie  nie powala – miękka oprawa, zwykły papier, czarno białe, wyblakłe zdjęcia. amatorka. trzymam root for the villain na półce tuż obok decoded jay-z, ale pod względem estetycznym książki te dzieli przepaść prawie tak duża jak ten blog i najnowszy numer playboya.

ciekawszą częścią root for the villain jest ta poświęcona muzycznym przygodom autora. od pierwszych dni spędzonych przy klasycznych płytach, przez początki pracy w studio pod okiem producenta slick ricka, przez pierwszą, nagraną przypadkowo, płytę, której sukces przyszedł szybko i niespodziewanie, koncerty w europie, aż po powolny ale brutalny spadek zainteresowania publiki muzyką j-zone’a  – raczeni jesteśmy pierwszorzędną opowieścią. jeśli decoded było dokumentem sukcesu, tak root for the villain jest zapisem powolnego i niskiego wzlotu oraz szybkiego upadku.  i choć opowieść j-zone jest raczej wesołkowata, to kilkukrotnie w trakcie lektury (zwłaszcza, jeśli tak jak ja, wiesz jak bardzo dobrym i niedocenionym artystą pozostał j-zone) robi się  czytelnikowi naprawdę smutno. fragmenty o tym, jak j pewnego dnia zszedł do swojego piwnicznego studia i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie włączył samplera, by nie włączyć go przez następne kilka lat, albo ten gdy pewnego dnia szefostwo fat beats kazało mu podpisać zgodę na zniszczenie wszystkich płyt, które zalegały w magazynie wytwórni, albo jeszcze ten, gdy mc opisuje jeden ze swoich ostatnich koncertów –  wzruszają niemal do łez.  j zone nie użala się jednak nad sobą, nie czuc u niego goryczy, nie ma nikomu za złe, że skończył tak a nie inaczej.  dobrze wie, że wszystko co osiągnął; szacunek swoich bohaterów z dzieciństwa, respekt fanów na starym kontynencie, kilka niezapomnianych przygód – zawdzięcza wyłącznie sobie.


cześćdrugą biografii czyta się już z mniejszym przejęciem. j-zone bawi się w niej w publicystę, komentującego życie w nowym jorku, opisując swoją obecną karierę zawodową, narzekając na nowoczesne gadżety, piętnując idiotyzmy facebooka, telefonów komórkowych, relacje damsko-męskie czy stan współczesnej mody.  oczywiście, wszystko wciąż podane jest w charakterystycznym dla autora, grubiańskim, perfidnym i dosadnym stylu, można jednak stwierdzić, że j-zone kilkukrotnie zwyczajnie zrzędzi. wynagrodzeniem jest jednak zamykający książkę dział words for the nerd, w którym j opisuje najlepsze jego zdaniem sklepy płytowe i wyjaśnia dlaczego woli kasety magnetofonowe od ipodów.

jeśli sprzedam 500 sztuk tej książki, w moim własnym świecie będzie to bestseller – pisze zone we wstępie. nie mam pojęcia ile kopii root for the villain do tej pory sprzedano. ja swojego zakupu nie żałuję, a pozytywny odbiór tej pozycji wśród tak znanych osób jak ?uestlove, chuck d, rjd2, a także bardzo dobre recenzje od dziesiątek branżowych magazynów musiały j-zone’a ucieszyć. to dobrze. może jeszcze kiedyś wróci do rapu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s